Trwa spór o to, czy dzieci powinny mieć obowiązki domowe. Mają one swoich zagorzałych przeciwników i zwolenników i myślę, nigdy nie uda się odpowiedzieć jednogłośnie na pytanie – czy i kiedy powinno się je dzieciom narzucać.

Kluczowym okazuje się tutaj rozróżnienie obowiązków od odpowiedzialności. Obowiązek kojarzy się z czynnością, którą muszę wykonać bez względu na wszystko. Posprzątać, choć kompletnie nie mam na to dzisiaj ochoty. Poprasować, choć nogi mnie bolą po całym dniu stania, itd. Obowiązek to coś niefajnego. To coś, co muszę zrobić, czy mi się chce, czy nie, więc na wszelki wypadek zacznę od razu się przeciw temu buntować. Obowiązek według mnie przekreśla możliwość bezinteresownego współdziałania – pomogę ci, bo chcę to dla ciebie zrobić, bo widzę, że masz gorszy dzień.

Osobiście nie lubię mówić, że mam jakieś obowiązki i gdy przeanalizuję terminologię – obowiązek, odpowiedzialność – czuję się zdecydowanie bardziej odpowiedzialna, niż zmuszona do jakiegokolwiek obowiązku związanego z prowadzeniem domu. Sprzątam, bo lubię porządek. Gotuję, bo nie wydaje mi się naturalnym stołowanie się na stołówce. Piorę, bo wiem, że samo się nie upierze. Natomiast gdy nie chce mi się w dany dzień przygotować obiadu, możemy zamówić pizze lub zjeść jajecznicę. Gdy nie odkurzę, zrobi to za mnie ktoś inny (mąż, może któreś z dzieci) ewentualnie podłoga nie poczuje romansu z odkurzaczem. Dzięki temu nie czuję, że jestem jedyną osobą, która w naszym domu powinna zdawać sobie sprawę z tych i pozostałych obszarów życia codziennego. Dzieci są w te czynności angażowane, zgodnie z „zapotrzebowaniem” dnia codziennego. Różnica w tych dwóch podejściach jest główną przyczyną  sporów, które rozgrywają się na tym polu między rodzicami a dziećmi.

Dzieci nie lubią, gdy każe im się robić coś dla zasady. Jeśli natomiast traktuje się je, jako bardzo ważne ogniwo w każdym obszarze, również porządku w domu, współpracują z rodzicami. Lubią dawać od siebie jeśli czują, że jest to ich realny wkład, w jakość wspólnej relacji. Duże znaczenie ma, czy angażujemy dzieci w czynności domowe, bo realizujemy w ten sposób wobec nich jakiś skrzętnie zaplanowany cel wychowawczy – nauczę cię w ten sposób obowiązkowości. Czy zwyczajnie potrzebujemy ich zaangażowania.

Co to oznacza w praktyce?

Dzieci z nami współpracują, jeśli tylko stworzymy im ku temu możliwości i gdy od najwcześniejszych lat uczymy ich odpowiedzialności za naszą przestrzeń życiową.

– Jak będziesz wychodził, zabierz ze sobą śmieci (+ oczywiście nadzoruję wyjście, bo wiadomo, że nawet jak się o ten przygotowany worek przewróci, to nie przypomni sobie, że miał go ze sobą zabrać )

– Proszę, podaj mi ten garnek, mam brudne ręce i nie mogę go sobie wyciągnąć.

– Pralka wyprała, pościągaj pranie, skończę robić obiad i muszę powiesić następne.

– Pomożesz jej (siostrze) zapalić światło w łazience? – tutaj znowu nie ma przymusu.

– Przeszkadza mi ten bałagan w domu. Bierzemy się za sprzątanie.

– Jak skończycie grać, zobaczcie, jak wygląda u was w pokoju.

– Plan jest taki, ja biorę się za obiad, ktoś musi rozładować zmywarkę, kto chętny? Trzeba też posortować pranie na białe i kolorowe.

– Dzieciaki wasze buty porozrzucane są po całym przedpokoju. Za dziesięć minut, przypominam – buty, dzieciaki.

– Do zrobienia jest to to i to, ja mogę zająć się naczyniami, co kto wybiera, żeby mi pomóc?

– Ja biorę łazienkę, wy zajmijcie się swoimi pokojami, a tata sprząta resztę. Nie krytykuję i nie poprawiam tego, jak posprzątali,  tylko najwyżej zwracam uwagę – te ciuchy z krzesła same do kosza na brudy nie pójdą.

To teoretycznie tylko kwestia nazewnictwa, ale jednak bardzo wiele zmienia. Każdy z nas lubi czuć się odpowiedzialny i dzieci niczym się od nas pod tym względem nie różnią. Ponadto lubią czuć się potrzebne i z mojego doświadczenia wynika, że chętnie angażują się w to, co w domu jest do zrobienia, jeśli czują, że oprócz tego, co trzeba zrobić, bierze się pod uwagę ich potrzeby.

Nie da się w tym miejscu pominąć kwestii wieku dziecka. Często niestety, gdy dzieci są małe, dla własnej wygody wolimy wszystko robić sami, bo w przeciwnym wypadku musimy liczyć się z nieperfekcjonizmem, z potłuczonymi kubkami, rozlanymi sokami i niedoodkurzanymi kątami. Często oznacza to, że dziecko samo nie posprząta zabawek tak, jak byśmy zrobili to sami. Poukłada je w rządku pod ścianą, zamiast pochować do przeznaczonych do tego pojemników. Musimy pogodzić się z tym, że nie jest tak, jak to sobie wymarzyliśmy. Ono musi wiedzieć, że jego wizja porządku jest równoważna naszej wizji. W przeciwnym wypadku odczyta to tak, jak każdy z nas odczytałby takie zachowanie – po co mam się starać, skoro mama i tak zrobi wszystko po swojemu, a stąd już tylko krok do niepomagania w domu. Zamiast więc poprawiać po dziecku, podpowiedzmy: – Myślę, że lepiej byłoby, gdybyś następnym razem schował te resoraki do tego pudełka.

Z mojego doświadczenia wynika, że takie postawienie sprawy wiele ułatwia, co wcale nie oznacza, że dzieci robią wszystko z uśmiechem na twarzy. Im również towarzyszy frustracja, gdy proszę któreś, żeby powiesiło ręcznik, który po kąpieli rzuciło na podłogę, to naturalne. Dzieciaki współpracują (to słowo klucz) naprawdę chętnie, jeśli niczego im się nie narzuca sztywnymi wymaganiami i gdy wzajemnie pozwalamy sobie na – nie chce mi się.

Jeśli nie postępujemy tak od początku, ciężko dziwić się później, że nastolatek w domu tylko  śpi i się stołuje. Skoro dotąd wszystko podane miał na tacy i nie zdawał sobie sprawy z faktu, ile to kosztuje pracy, nie ma szans, by nagle poczuł się za to wszystko odpowiedzialny. Niewiele zmieni w tej kwestii wprowadzanie list obowiązków, ponieważ będą one dla niego oznaczały, że skoro dotąd nic nie musiał, to dlaczego miałoby się to zmieniać.

Gdy więc znajdziemy się na tym etapie życia i zacznie ciążyć nam nadmiar obowiązków, powinniśmy usiąść z dzieckiem w pokoju, wśród tych rzuconych ciuchów, niepowynoszonych naczyń i najszczerzej jak potrafimy powiedzieć:

Popełniłam błąd, biorąc na siebie odpowiedzialność za porządek w naszym domu. Nie daję rady, przerosło mnie to, do czego takie postępowanie doprowadziło. Nadal bardzo cenię sobie porządek, ale nie zamierzam dłużej robić za ciebie tego, co z pewnością jesteś w stanie zrobić sam. Chcę żebyś od dzisiaj sam dbał o porządek w swoim pokoju, o czyste ubranie, w którym będziesz mógł wyjść z domu oraz o przygotowywanie sobie śniadania. Rozumiem, że to nie będzie dla ciebie łatwe i może przysporzyć ci na początku pewnych trudności, dlatego jak będziesz potrzebował mojej pomocy, przykładowo w nastawieniu pralki, możesz na mnie liczyć, tylko musisz mnie o to zapytać. Jestem przekonana, że sobie poradzisz. Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że dla ciebie porządek może oznaczać coś zupełnie innego niż dla mnie, więc skupię się na tym, by znaleźć w sobie na to zgodę.

Dobrze jest, gdy angażujemy dzieci w czynności domowe, jeśli czujemy, że ogrom tego, co jest do zrobienia przerasta nasze możliwości. Nie wyrządzimy jednocześnie dziecku większej krzywdy, gdy robimy wszystko sami. Takie dziecko wejdzie w dorosłość bardziej nieporadne, niż to, które brało odpowiedzialność za sprzątanie po sobie, przygotowywanie jedzenia itd. Przejdzie przyspieszony kurs dorosłości i bez większych problemów się w niej odnajdzie. Jeśli natomiast to wyręczanie dziecka jest próbą ułatwienia mu czegokolwiek, albo zaakcentowania – zobacz jaka ze mnie matka/ojciec, wszystko za ciebie zrobię,  mam nadzieję, że kiedyś to docenisz i mi za to podziękujesz, obciążamy je wtedy na całe życie poczuciem wdzięczności, które buduje mur w relacji. I nie ma tutaj znaczenia, czy mówimy to głośno, czy tylko tak myślimy. Dzieci mają bezpośrednie połączenie z naszymi emocjami i doskonale wyczuwają to, co jest w nas. Dzieci z takiego domu to często dzieci roszczeniowe, które uważają, że im się wszystko należy, gdyż rodzice chcąc być wartością w ich życiu, odbierają im możliwość wniesienia wartości w życie rodziców.

Zdj. pexels.com

 

Inne wpisy