W pierwszych latach życia wpajamy dzieciom wartości, zasady i normy, by kierowały się nimi, kiedy już nie będziemy mieli nad nimi stuprocentowej kontroli, czyli stosunkowo wcześnie. Najpierw jest przedszkole, później szkoła i samodzielne wychodzenie na podwórko. Każdy z tych momentów wiąże się dla rodziców ze stresem, między innymi o to, czy inne dzieci nie będą miały złego wpływu na ich dziecko i czy wszystko to, co mu dotąd przekazali, nie pójdzie w las.

Nie musimy długo czekać na pierwsze informacje, że z jakimś kolegą dogaduje się lepiej i niestety nie musimy też długo czekać na informacje o większych bądź mniejszych konfliktach:

… zabrał mi ołówek.

… gadał i przeszkadzał mi w lekcji.

… z Frankiem śmiali się ze mnie.

… wyzywał mnie od fajtułpy, itd.

Słuchamy tego wszystkiego i robi nam się zwyczajnie żal. Wyobraźnia podsuwa nam obrazy, że ono takie bezbronne, a ci cwaniacy mu dokuczają. Często wtedy postanawiamy wziąć sprawy w swoje ręce:

-To się z nim nie baw,

-W takim razie jak on cię kopie, to ty też go kopnij.

Gdy to nie działa szukamy bardziej drastycznych rozwiązań:

  • Na własną rękę próbujemy rozmawiać z dzieckiem, które dokucza
  • Zgłaszamy problem nauczycielowi
  • Informujemy rodziców delikwenta, jakiego ancymona mają pod swoim dachem

To jest moment, kiedy powinniśmy dostrzec, że to dziecko wystraszone jak mysz stoi i słowa nie może wydusić, gdy jakaś obca matka stara się go wychowywać. Pani robi oczy jak pięć złoty, bo nic podejrzanego nie zauważyła. Podobnie jak rodzice, bo oni dotąd tak jak my myśleli, że ich dziecko to istny anioł, któremu z kolei od pewnego czasu dokucza w szkole nasze dziecko.

To jest też dobry moment, by się zatrzymać, spróbować wysłuchać tych wszystkich ludzi i zwyczajnie wycofać.

Powiem Wam, że osobiście lub z pozycji obserwatora spotkałam się dotąd z wieloma podobnymi sytuacjami i nie spotkałam dotąd dziecka tak niewinnego, jak opisane. Konflikt między rówieśnikami jest nieunikniony. Dzieci potrzebują konfliktu, by się zdrowo rozwijać, by funkcjonować w grupie, by wyznaczyć hierarchę. Tak było zawsze i tak mam nadzieję, zawsze będzie.

Jako dorośli powinniśmy zwyczajnie trzymać się od tych sytuacji z daleka. Po pierwsze nie ma mowy, byśmy potrafili ocenić spór obiektywnie, bo musielibyśmy wyzbyć się, uczuć do własnego dziecka. Po drugie nie ma możliwości, by nasze dziecko opowiadając nam o sytuacji, przedstawiło siebie w złym świetle. Dziecko przychodzi do nas, bo potrzebuje się zwyczajnie wygadać. Może sytuacja rzeczywiście jest dla niego w danym momencie trudna, ale nawet jeśli tak jest, samo potrafi znaleźć rozwiązanie i wyciągnąć wnioski. Potrzebuje tylko do tego przestrzeni i świadomości, że może na nas liczyć. Przestrzeń tą stworzymy, jeśli nauczymy się w takich momentach słuchać, bez oceniania i bez szukania rozwiązań.

Gdy zdarzają się sytuacje naprawdę trudne, lubię wtedy dzieci pytać:

Jak mogę Ci pomóc? Czego w tej sytuacji potrzebujesz?

Rzadko pada odpowiedź, zwykle jest to krótkie nie wiem i powrót do zajęcia sprzed chwili. Zdarza się, szczególnie najmłodszej powiedzieć, że potrzebuje się przytulić i uspokoić. Natomiast gdy zaczynają w odpowiedzi mówić, że powinnam zwrócić uwagę tamtemu dziecku, przerywam i podkreślam, że pytam jak mogę TOBIE pomóc?

Nie ignorujemy w ten sposób swoich dzieci. Okazujemy im wsparcie i dodajemy pewności siebie, że są w stanie same poradzić sobie z podobnymi sytuacjami. To chyba jedna z najtrudniejszych ról rodzicielstwa, umiejętność stania z boku, przyglądania się i okazywania wsparcia tak, by nie rozwiązywać problemu za dziecko. Lubimy jako dorośli mieć rozwiązanie na wszystko. Brać sprawy w swoje ręce, podpierając się dobrze wszystkim znaną troską rodzicielską. Lubimy wykorzystywać w tym swoją przewagę i doświadczenie, tylko nie o to w tym wszystkim chodzi. Nasze dzieci muszą nauczyć się samodzielności w rozwiązywaniu tych konfliktów. Muszą nauczyć się brania odpowiedzialności za to, że gdy to one kogoś wyzwą, ten ktoś może je odrzucić lub oddać z nawiązką. Nie będą mieli takiej możliwości, gdy ślepo zapatrzeni w to, co mówią, będziemy zawsze gotowi do rozwiązania konfliktu za nie.

Chyba każdy rodzic obawia się, by jego dziecko nie padło ofiarą przemocy mobbingu lub wykluczenia, właśnie dlatego tak emocjonalnie reagujemy, gdy przychodzi się ono wygadać. Powinniśmy mieć jednak  świadomość, że dzieci w wieki 0-12 lat nie potrafią po prostu słownie określać swoich granic. Nie potrafią opisywać czego oczekują i jakie są ich potrzeby, dlatego tak często rozwiązują te problemy używając do tego siły i przepychanek. Wszystkie te sytuacje są jednak niegroźne i nie mają nic wspólnego z przemocą, której tak panicznie boimy się jako rodzice i przed którą pragniemy uchronić swoje dzieci. Ponadto, szczególnie chłopcy, zwyczajnie lubią bójki, dlatego często godzą się na taką formę zabawy, a ta czasami wymyka się po prostu spod kontroli i ktoś komuś zrobi coś czego nie przewidział. W takich sytuacjach nasza ingerencja również nie jest potrzebna, bo takiego nieprzekraczania granic w zabawie także muszą się nauczyć.

Zaznaczę w tym miejscu, że choć tak jak napisałam, dzieci nie potrafią, mówiąc wyznaczać swoich granic, bez wątpienia te granice posiadają. Konfliktowe sytuacje są świetną okazją, by uczyć je o nich mówić:

… nie lubisz, gdy ktoś bierze twój ołówek nie pytając cię o zgodę?

… potrzebujesz ciszy by skupić się na tym, co mówi nauczyciel?

.. czułeś się odrzucony, gdy się z ciebie śmiali?

… słyszę, że było ci bardzo przykro, jak cię wyzywali.

Dzięki tym wszystkim informacjom, nauczy się ono w przyszłości mówić o tym, co narusza jego integralność, czego potrzebuje i co czuje, gdy ktoś w jego towarzystwie zachowuje się w dany sposób. Właśnie w ten sposób rozwijamy w dziecku poczucie wartości, które w przyszłości uchroni je przed byciem ofiarą.

Zdj. pexels.com

12 października prowadzę we Wrocławiu seminarium inspirujące 

Agresja niebezpieczne tabu

Serdecznie zapraszam Was do  udziału.

Szczegóły w zakładce warsztaty oraz na facebooku – TU

Inne wpisy