Wygłaszanie dzieciom przemówień umoralniających to bardzo głęboko zakorzeniony w nas schemat. Bardzo często przekonani jesteśmy, że  właśnie na tym polega wychowywanie dzieci – my mówimy im, co jest właściwe i dobre, one wdrażają to w swoje życie i powstaje piękny, cukierkowy obrazek, który niestety nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Dzieci uczą się w pierwszej kolejności przez doświadczanie życia i tego na szczęście nie zmienimy. Jeśli przyjmiemy to za pewnik i fakt, łatwiej nam będzie przyglądać się temu, co robią, jak to robią i zamiast moralizować, że podjęły niewłaściwą (w naszej ocenie decyzję), pozwolimy im popełniać błędy i wyciągać własne wnioski. Jeśli natomiast tego nie zrozumiemy, nauczą się ukrywać przed nami to, co nieprzyjemne dla naszych uszu

Co to oznacza w praktyce – nie moralizować?

Nie jest możliwe, by nasze dziecko opowiadając nam, co się w jego życiu wydarzyło, zawsze występowało w tych opowieściach w roli pozytywnego bohatera. Często pojawi się w nich jako napastnik – ktoś kto jest przekonany, że miał prawo dokuczać koledze, bo on coś mu zrobił. Spryciarz – bo choć nie przeczytał lektury, udało mu się spisać na klasówce. Krętacz – bo leżał cały dzień przed telewizorem, nie zrobił zadania, a pani powiedział, że go brzuch bolał, itd.

Pierwszą reakcją rodziców jest bardzo często wtedy pouczanie dziecka, że tak nie wolno. Tłumaczenie, że powinno być mądrzejsze niż tamten kolega. Dawanie rad, jak ma się zachować, gdy znowu wydarzy się coś podobnego. Jako rodzice słuchamy dziecka, ale słyszymy tylko to, na co mamy gotową odpowiedź. Natomiast wszystko, co najważniejsze w przekazie dzieje się między słowami. Jeśli nauczymy się słuchać tak, by nie podawać rozwiązań, tylko uczyć dziecko samemu ich poszukiwać, to bez wątpienia przyczynimy się do rozwoju jego kompetencji, w sposób zgodny z jego osobowością i temperamentem. To ważne, by zrozumieć, że wszystkie podawane przez nas rozwiązania są „nasze”, a dziecko powinno poszukiwać „swoich” rozwiązań. Na tym polega rozwój, który przebiega w otoczeniu kochających i empatycznych rodziców.

Jesteśmy starsi, bardziej doświadczeni, ale na nasze doświadczenie składają się również nieprzyjemne sytuacje. Jeśli byliśmy załóżmy wyśmiewani w szkole przez kolegów, odezwie się w takiej sytuacji nasze wewnętrzne dziecko i z jego pozycji zaczniemy sypać radami. Często wtedy mówimy to, czego nam nigdy nie udało się zrobić, czyli na przykład dokuczano nam, a my nigdy nie umieliśmy się temu sprzeciwić. Jeśli zdarzyło nam się natomiast ściągać na klasówce i zrobiło się z tego w szkole duże zamieszanie – pani wezwała naszych rodziców itd, oni zrzucili na nas odpowiedzialność za swój wstyd, to to wspomnienie również będzie miało ogromny wpływ na to, co powiemy po tych wszystkich latach naszemu dziecku.  To są nasze doświadczenia, które nie mają nic wspólnego z doświadczeniami naszych dzieci, dlatego słuchanie bez podawania rozwiązań, jest tak bardzo ważne.

Metodą, którą ja stosuję jest zadawanie pytań:

– Czy jesteś przekonany, że to była najlepsza reakcja?

– Jak byś się czuł, gdyby to Ciebie ktoś w taki sposób potraktował?

– Myślisz, że mogło się stać coś poważniejszego?

– Czy to rozwiązało wasz problem?

– Teraz gdy emocje opadły przychodzi Ci do głowy, jak inaczej mógłbyś zareagować?

Tylko nie wszystkie na raz 🙂 W jednej sytuacji zapytam o coś, w drugiej o coś innego i tak mobilizuję ich, by nie zamykali się na to, co się stało, tylko na spokojnie, gdy emocje opadną, wrócili do tego, co czuli i co czują teraz.

Często nie potrafią odpowiedzieć. Nie szkodzi. Jeśli pytają, jak ja to widzę, odpowiadam, ale nadal nie oceniam tego, co zrobili. Mówię w pierwszej osobie, podkreślając, że to moja opinia. Jeśli nie są ciekawi moich odpowiedzi, nie drążę, pozostawiam ich z pytaniami, na które nie potrafili podać odpowiedzi.

Kolejną metodą jest mówienie o sobie. Możemy wrócić do  sytuacji ze swojego dzieciństwa, w których tak samo jak dzisiaj nasze dzieci, zachowaliśmy się głupio i nieodpowiedzialnie To często pomaga, gdy rodzicielskie mądrości cisną nam się na język. Tylko tutaj  można wpaść w pułapkę i opowiadać  w sposób nie do końca zgodny z prawdą. Tymczasem bardzo ważne jest, by taka opowieść była zgodna z prawdą. Jeśli więc zamierzamy udawać w niej kogoś, kim wtedy nie byliśmy, lepiej darować sobie ten sposób.

I tak za każdym razem. Chodzi o to, by oni sami zastanawiali się nad tym, co się wydarzyło, bez konieczności oceny sytuacji z mojej strony. Zawsze powtarzam, że dzieci mają swoje prawa i nie są w stanie oceniać sytuacji w sposób dorosły. Jednocześnie my nie możemy tego robić za nie, bo nie mamy nad nimi 24 godzinnej kontroli. W szkole, na podwórku muszą nauczyć się funkcjonować bez naszego wsparcia i bez naszej mądrości. Możemy próbować ich naprowadzać, właśnie zadając pytania, ale nic ponadto.

Nie oczekujmy przy tym, że wszystko, do czego dojdą, będzie słuszne. Może nam się to nie podobać  i owszem mamy prawo wtedy wyrazić swoje obawy, ale w sposób osobisty i przyjazny. Podkreślając co NAS w tym niepokoi, decyzje nadal pozostawiając w rękach dziecka.

Każdy z nas na dłużej zapamiętuje to, do czego sam doszedł poprzez refleksję, a nie to, co zostało mu wygłoszone. Dziecko, które nauczy się analizować sytuacje samodzielnie, zdecydowanie lepiej będzie sobie radziło z podejmowaniem słusznych decyzji w momentach, które tego od niego wymagają niż to, które skazane było na przyjmowanie pouczeń rodziców.

Każdy dzień zbliża nas do tego, że nasze dzieci odłączą się od nas w kierunku przyjaciół i świata poza domem. To nieuniknione, bo właśnie na tym to wszystko polega i do tego zmierza. Nasze wymądrzanie się niczego im nie ułatwi, za to pokazanie, że powinni się nad wszystkim zastanawiać, owszem.

To wymaga ogromnego zaufania i mądrości, które warto w sobie wypracowywać dla siebie i dla naszych dzieci. Nikt z nas nie posiada takiej mocy, by zmusić kogokolwiek do wybrania właściwej drogi. Natomiast każdy z nas musi mieć możliwość, wybrania źle, by móc nauczyć się wybierać właściwie.

 

 

Zdj. pexels.com

Inne wpisy