Każdy rodzic kieruje się w swoim życiu przede wszystkim miłością do dziecka. Z miłości poświęca w tej relacji siebie i zapomina o swoich potrzebach. Z miłości wymaga i bierze na siebie odpowiedzialność za wiele obszarów z życia dziecka, choć tak na dobrą sprawę na własne obowiązki brakuje mu doby. Z miłości troszczy się i dba, by niczego dziecku nie zabrakło. Niestety pytając głównych zainteresowanych, okazuje się, że coś w tym wszystkim poszło nie tak:

… oni mnie nie rozumieją,

…. oni już zapomnieli, jak to było, gdy byli młodzi,

… z nimi nie można o niczym porozmawiać, nie są mi do niczego potrzebni, poradzę sobie bez nich,

… dla nich liczy się tylko szkoła, oni nie mają pojęcia, jakim jestem człowiekiem.

Światy rodziców i dziecka rozjeżdżają się tak bardzo, że dochodzimy do momentu, kiedy nie łączy nas nic prócz wspólnej kuchni i łazienki. Nadal kochamy i bardzo często zupełnie nie wiemy, co się stało? Tłumaczymy buntem, okresem nastoletnim, którego notabene tak bardzo się obawialiśmy. Staramy się uspokoić wewnętrzny głos, że coś jednak poszło nie tak. Znajomi z dziećmi w podobnym wieku, uspokajają, że u nich to samo. Trzeba przeczekać, więc czekamy, a mur między nami i naszymi dziećmi powiększa się coraz bardziej, gdyż czekając, nie bierzemy odpowiedzialności za to, do czego doprowadziło nasze postępowanie.

Dlaczego my mamy brać za to odpowiedzialność? Przecież to on nie docenił naszego oddania, poświęcenia i naszej miłości. Miał wszystko, czego zapragnął, co więcej mogliśmy zrobić? – To częste pytania pojawiające się w dyskusji z rodzicami. Gdy odpowiadam im, że to oni ponoszą pełną odpowiedzialność za złą relację z dzieckiem, nie potrafią się z tym zgodzić. Rozumiem to, gdyż potrzeba czasu, by to zrozumieć.

W każdej hierarchii odpowiedzialność za relację w zespole spoczywa na tych, którzy posiadają władzę. Rodzina jest taką hierarchią i nie powinno się próbować uczynić z niej struktury demokratycznej, bo to nie może się udać. To rodzice są przywódcami i to na rodzicach spoczywa odpowiedzialność za relacje, nawet wtedy, gdy podświadomość podsuwa im różne stwierdzenia w postaci – niewdzięcznik, wychowałam samoluba, który w ogóle się ze mną nie liczy.

Coś w którymś momencie zawiodło i warto sobie to uzmysłowić. To wcale nie oznacza, że brakuje między rodzicami a dziećmi miłości ona tam jest, tylko problem z miłością polega na tym, że trzeba umieć wyrazić ją w sposób czytelny dla odbiorcy. Jeśli rodzic z miłości przygotowuje swojemu coraz starszemu dziecku kanapki, z miłości dba o porządek w jego pokoju, z miłości troszczy się o obowiązkowość w szkole i z miłości zabrania kontaktów z chłopcem, który nie grzeszy grzecznością, to dziecko najzwyczajniej w świecie nie odnajduje w tym tej miłości. Jeśli chcę pokazać komukolwiek, jak bardzo go kocham, muszę najpierw dowiedzieć się, jakie moje zachowania świadczyłyby według niego o tej miłości.

Stąd ta rozbieżność, od której zaczęłam ten wpis.

W tym miejscu czasami proszę rodziców, by zapomnieli na chwilę o tym, że kochają swoje dziecko i zastanowili się, czy je lubią?

To wcale nie jest takie oczywiste. Jeśli znajdziemy w sobie odwagę i przyjrzymy się odpowiedzi, to wielokrotnie dostrzeżemy, że lubić jest trudniej niż kochać.

Lubić znaczy akceptować to, co chcielibyśmy zmienić. Lubić znaczy pozwolić na nieidealność. Lubić znaczy pozwolić na odrębność, często taką, której dla swojego dziecka nie planowaliśmy. Lubić to pozwolić na oddalanie się i skazanie siebie tym samym na wielki niepokój o bezpieczeństwo.

Przestańmy, więc sprowadzać rodzicielstwo do twierdzenia – z miłości….

Niestety kochamy, ale nie akceptujemy. Przy tym bardzo często nie potrafimy zaakceptować w swoim dziecku tego, czego nie lubimy w sobie. Podejmujemy działania, które mają na celu, zmianę tego kim są. Dzieci oczywiście bronią się i zamykają w świecie, do którego nie mamy dostępu. Prowadzą podwójne życia, by w domu być tym, kogo chcemy w nich widzieć, a na zewnątrz sobą. Efekt jest taki, że pod jednym dachem mieszkają ze sobą ludzie, którzy bardzo się kochają, tylko nie mają o czym ze sobą rozmawiać. Rodzice słyszą tylko to, co chcą usłyszeć, bo dziecko mówi tylko to, co wie, że oni zaakceptują.

 

Zdj. pexels.com

 

 

Inne wpisy