Obserwuję codzienność wielu dzieci i zastanawiam się, dokąd nas to wszystko zaprowadzi? Teoretycznie żyjemy w czasach, w których dzieciństwo mogłoby być stosunkowo przyjemne. Nie musimy walczyć o przetrwanie jak za czasów wojny, a sytuacja finansowa przeciętnej rodziny umożliwia jej w miarę stabilny byt.

Tymczasem mam wrażenie, że posiadanie dzieci jeszcze nigdy nie było tak wielkim wyzwaniem i nie wymagało od rodziców tak szeroko pojętego poświęcenia. Uczyniliśmy z rodzicielstwa projekt i wydaje nam się, że nasze dziecko jest miarą tego, jak się z tego projektu wywiązujemy.

Przyjrzyjmy się szkole. Do szkoły nie idą już dzieci, to nie one rozpoczynają edukację, edukację szkolną zaczynają całe rodziny. Rodzice poświęcają masę energii w to, by ich dziecko było do lekcji zawsze wzorowo przygotowane, by starannie prowadziło zeszyty oraz by w żadnym wypadku nie zapomniało o zadaniu domowym. Pilnują, by zabrało strój na w-f, śniadanie i zmienne obuwie. Nie oddając tym samym dzieciom odpowiedzialności za obszary, które powinny być tylko i wyłącznie ich. Przekonani są o tym, że dziecko, które zapomniało czegokolwiek, świadczy o nich i o tym, że są rodzicami gorszej kategorii. Czerwienią się, gdy nauczyciel zwraca im  uwagę na jakiś aspekt związany z ich dzieckiem lub informuje, że opluło kolegą w ławce.

To wszystko kosztuje rodziców masę energii, a na tym się nie kończy. Dochodzi do tego masa zajęć dodatkowych. Obowiązkowo angielski po godzinach, mimo że ich dziecko świetnie radzi sobie z językiem w szkole. Jakieś zajęcia sportowe. Basen, bo bardzo rozwojowy, kształtujący sylwetkę i jeszcze jazda konna.

Obserwuję to wszystko i zastanawiam się, dlaczego to rodzice decydują o tym, czy dziecko spędzi popołudnie na dworze, skacząc z rówieśnikami na drabinkach, czy w obecności korepetytora? Kiedy dzieci stały się własnością rodziców? Przecież tylko mając kogoś na własność, można tak bezgranicznie zarządzać jego codziennością.

Zamiast cieszyć się tym, że nie musimy już jak nasi dziadkowie walczyć o kawałek szynki na kolację, że możemy przyglądać się temu, jak rozwijają się nasze dzieci, odebraliśmy im prawo do nudy, odpoczynku, podejmowania decyzji, ponoszenia porażek. Widok dziecka spędzające popołudnie przed telewizorem, nudzącego się i niepotrafiącego znaleźć sobie innego zajęcia, automatycznie zmusza rodziców do działania. Nie mieści im się w głowie, że może mu się zwyczajnie nie chcieć. Każą mu zrobić cokolwiek, niech chociaż posprząta w szafkach, poczyta książkę.

Rodzice odbierają dzieciom prawo do smutku, płaczu, odrzucenia i gdy tylko dopada je któreś z „niepożądanych” uczuć, niemal natychmiast zaczynają szukać rozwiązań. Nie pozwalają dziecku trwać w zwątpieniu. Nie ma ono prawa do samotności. Przekonani są, że introwertyzm i nieśmiałość to cechy, które muszą z dziecka wyplewić, ponieważ potrzeba przebojowości, by coś wielkiego osiągnąć.

Mają zaplanowane każde popołudnie, każdy weekend, a ten spędzony w domu na „robieniu niczego” uważają za kompletnie stracony.

A co gdyby tak…

… zatrzymać to wszystko i raz na zawsze powiedzieć sobie, że nic nie muszę?

… pozwolić dziecku dostać lufę z zadania domowego i nie karać jakimiś wymyślonymi konsekwencjami za to, że zapomniało?

… pozwolić ubrać się bez gustu, ładu i składu?

… wysłuchać tego, co o naszym dziecku mówi wychowawca i znaleźć w sobie zgodę na to, że nie zawsze są to same pochwały i superlatywy?

… uśmiechnąć się do siebie, gdy od dwóch godzin leży i nic nie robi?

… pozwolić mu po swojemu spakować się na ostatnią chwilę, nawet jeśli będzie to oznaczało, że czegoś zapomni?

… nie dowozić śniadania, które zostało na biurku?

… pozwolić mu być przeciętnym z matmy, zamiast szukać korepetytora?

… gdy kolega próbuje wyciągnąć go na dwór, oddać mu decyzję, czy idzie, czy jednak najpierw odrobi lekcje?

… złapać się za głowę, gdy widzimy niestarannie prowadzony zeszyt, ale nie rozkazywać, że ma go w tej chwili przepisać?

… gdyby tak przyjąć, że nasze dzieci nie są naszą własnością?

One mają prawo do dzieciństwa spędzonego inaczej niż w drodze na zajęcia dodatkowe. Mają prawo do bycia niedoskonałymi. Nie jest ich obowiązkiem realizowanie ambicji rodziców. Tak samo, jak nie jest obowiązkiem rodziców rozwijanie pod nogami dziecka czerwonego dywanu. Ono musi pokaleczyć sobie czasami stopy, by wyrosło na odpowiedzialnego, świadomego siebie człowieka.

Większość rodziców robi to z troski o dziecko. Powinni sobie jednak zdać w końcu sprawę do czego, taka troska i nadmierna kontrola prowadzi. Depresje, środki psychoaktywne, roszczeniowa postawa „mi się wszystko należy”, brak empatii, różnego rodzaju uzależnienia, to wszystko wynik przekraczania kompetencji rodzicielskich. Zastanów się, czy na pewno tak wyobrażasz sobie przyszłość swojego dziecka?

 

Zdj. pexels.com

 

 

Inne wpisy